A A AAktualnościkomentarze (2)

Dramat Grecji. Długi rosły, a Grecy żyli ponad stan i oszukiwali państwo

Dramat Grecji. Długi rosły, a Grecy żyli ponad stan i oszukiwali państwo

Fot.: Archiwum/Jarosław Pruss

Rozmowa z ekonomistą Markiem Zuberem o tym, do czego doprowadziła Greków nieodpowiedzialna polityka finansowa i czy z tego powodu ucierpią inni.

Grecja może w każdej chwili zbankrutować. Co doprowadziło ją na skraj przepaści?

Sama do tego doprowadziła. Latami żyła na kredyt, a pożyczkami łatała stare długi. Kolejne rosły. Odsetki przy okazji też.

Choć było coraz gorzej, nowe pożyczki - z Europejskiego Banku Centralnego czy Międzynarodowego Funduszu Walutowego - jednak dostawała. Czyli, musiała budzić zaufanie.

To obecność w strefie euro dawała pożyczkodawcom pewność, że w razie kłopotów Grecja może liczyć na pomoc innych. Dlatego pieniądze dla niej zawsze się znajdowały. Tymczasem obywatele tego kraju nawet, gdy już przyszedł kryzys - w 2008 i 2009 roku - ciągle żyli ponad stan. Nie oszczędzali. Nie chcieli mieć gorzej niż inni Europejczycy. Nawet kosztem dalszego zadłużania się. Grecy wydawali więcej niż zarabiali. Zwiększał się więc wskaźnik długu w stosunku do PKB (dochodu państwa - red.). Ponadto Grecy oszukiwali państwo, jak tylko mogli. Szara strefa w tym kraju przyniosła mu miliardy euro strat, a gospodarka jest mała, bo to jedynie turystyka i rolnictwo. Oczywiście, Polska również jest zadłużona i tylko na odsetki wydajemy 30 mld zł rocznie, czyli 10 procent PKB. Jednak obsługa naszego długu nie jest tak kosztowna i prowadzimy zdecydowanie bardziej odpowiedzialną politykę finansową.

Wróćmy do Grecji. Zbankrutuje?

Trudno powiedzieć. Sytuacja jest dynamiczna. Rząd powinien dogadać się z Europejskim Bankiem Centralnym i Komisją Europejską. Ma jednak spory dylemat: wcześniej obiecał przecież wyborcom i reformy, i że nie będzie podporządkowany UE. Teraz, skoro trudno to pogodzić, wymyślono referendum. Ewentualnie będzie na kogo zrzucić później całą odpowiedzialność, czyli na obywateli. Nie czarujmy się, gdyby Grecja wyszła ze strefy euro, w dłuższej perspektywie oznacza to dla niej dramat: totalne zubożenie społeczeństwa. Drachma grecka będzie się coraz bardziej osłabiać, kraj mniej zarobi na turystyce. Później przyjdzie inflacja. Nic dobrego! Tymczasem strefa euro szybko otrząsnęłaby się ze straty. Prawie w ogóle by jej nie odczuła.

Zdziwiła pana wczorajsza reakcja rynków na wiadomości z Grecji? Obrazki stamtąd nie napawają optymizmem?

Mówimy raczej o krótkotrwałym efekcie, bardziej psychologicznym. Nie nazywałbym katastrofą 3,5-procentowych spadków na giełdzie po tym, jak podczas światowego kryzysu akcje poszły w dół aż o 80 procent. Podobnie oceniam minimalne osłabienie złotówki. To nie będzie miało żadnego wpływu ani na światową, ani na polską gospodarkę. Rozumiem, że sytuacja w greckich bankach też nie może zachwiać naszymi? Absolutnie nie jest to możliwe. Nasze banki są bezpieczne. Dużo nauczyły się podczas kryzysu 2008-2009. Wyciągnęły wnioski.

Za to turyści się cieszą. Wycieczki na greckie wyspy schodzą jak świeże bułki. Skoro bankomaty nie akceptują tylko greckich kart, jest sens, by cudzoziemcy musieli zaopatrywać się przed wyjazdem w gotówkę?

Jak już powiedziałem, sytuacja w Grecji jest bardzo dynamiczna. Teraz bankomaty nie akceptują tylko greckich kart, ale jak będzie jutro, za tydzień? Tego nie wiadomo. Ponadto w niektórych miejscach nie uda się tam zapłacić kartą za zakupy. Dlatego jednak radziłbym zabrać ze sobą gotówkę. Dobra informacja dla turystów jest taka, że wycieczki do tego kraju mogą być jeszcze tańsze, a, gdyby Grecja wyszła ze strefy euro, ceny jeszcze bardziej poszłyby w dół. 

Komentarze (2)

By submitting this form, you accept the Mollom privacy policy.